#34 Robert Małecki "Skaza"

Kto mnie czyta regularnie, ten wie, że najbardziej cenię sobie dwóch polskich „kryminalistów”. Ba! Każdy, kto tu bywa, zdaje sobie sprawę, że jednego z nich nazwałam swoim „mistrzem”, a drugiego… jeszcze nie zdążyłam, ale wszystko przed nami!

Panowie na dodatek się znają i wymieniają wzajemnie swoje nazwiska w podziękowaniach na końcu swoich książek.

I dziś właśnie będzie mowa o jednym z nich, oto bowiem znajdujemy się w przededniu premiery „Skazy” Roberta Małeckiego.

Małecki po fenomenalnej trylogii o toruńskim dziennikarzu, Marku Benerze, zabiera nas do Chełmży. Piętnastotysięcznej miejscowości, w której wydawać by się mogło, że nie może się dziać nic interesującego… 

Akcja książki rozpoczyna się od nastolatka odnalezionego pod taflą lodu pokrywającą chełmżyńskie jezioro. Sprawa wydawać by się mogła oczywista - dzieciak pewnie przyszedł się poślizgać albo chciał komuś zaimponować, wlazł na taflę, lód nie wytrzymał naporu i nastolatek wpadł do wody, w której zwyczajnie się utopił. Tragedia? Owszem. Ale takie rzeczy się zdarzają.
Tak w każdym razie myśleć zdaje się komisarz Bernard Gross, który odkrył zwłoki unoszące się w wodzie pod pokrywą lodu… Do momentu, w którym w znajdującej się nieopodal łodzi znajduje ciało starszego, prawdopodobnie bezdomnego mężczyzny.

Przypadek? Nie sądzę. 
I nie sądzi tak również Gross, który rozpoczyna nieoficjalne śledztwo mające na celu wyjaśnienie śmierci dwóch osób w tę samą noc i w tym samym miejscu.

Dokąd go to śledztwo zaprowadzi pozostawię wam, drodzy czytelnicy, do odkrycia podczas lektury. Powiem wam natomiast, że jeśli oczekujecie drobiazgowego dochodzenia, wielu tropów i mylących wskazówek, to autor spełni wasze oczekiwania z nawiązką w postaci świetnie skonstruowanego tła obyczajowego.

Wielowątkowość powieści połączona z retrospekcjami z przeszłości to jest to, za co Małeckiego pokochałam przy trylogii z Benerem… Ale tutaj podobieństwa w zakresie konstrukcji powieści się kończą. Jeśli ktoś więc oczekuje wartkiej akcji i sensacyjnych wydarzeń, srogo się zawiedzie.
W „Skazie” mamy bowiem więcej zwyczajnej policyjnej roboty: przesłuchiwania świadków, obserwacji podejrzanych i - przede wszystkim - łączenia faktów przez naszego komisarza. Wszystko to odbywa się na tle problemów osobistych każdego z występujących tu bohaterów, które Małeckiemu udało się perfekcyjnie spleść z głównym wątkiem. Nic tu nie odstaje i nie zgrzyta.

Poza moimi odczuciami…
Mamy tu bowiem trochę powtórkę i próbę wejścia drugi raz do tej samej rzeki (ukłon w stronę Marcela Woźniaka całkowicie zamierzony). Sam autor używa w powieści nieco niefortunnych słów:

Za drugim razem ta tragedia nie zrobi na tobie już takiego wrażenia.

I owszem, nie robi. Podobieństwo osobistej tragedii głównego bohatera do tego, co spotkało Marka Benera jest dla mnie zbyt duże. Obaj bowiem, w wyniku różnych okoliczności, stracili żony, i obu męczy i prześladuje tajemnica z tym związana. Całe szczęście Bernard Gross nie topi swoich smutków w alkoholu…



Co to jednak znaczy, że książka jest „dobra”? O czym powinna być, by można było ją w ten sposób określić?  Jacy powinni być bohaterowie? Sposób narracji? Czy przenoszenie czytelnika w czasie jest dobrym zabiegiem? W jaki sposób powinny być połączone wątki, by odbiorca nie był rozczarowany finałem?

Te i wiele innych pytań pojawiało się w mojej głowie podczas lektury. Odpowiedź na nie jest tylko jedna, ale oczywiście wielowymiarowa, bo nic proste być nie może.

Książka, identycznie jak mężczyzna, który mógłby zainteresować kobietę (czy odwrotnie), musi mieć w sobie to „coś”. Owszem, można dać się oczarować pięknej okładce i sensacyjnym zachętom w postaci blurbów podpisanych nazwiskiem innego znanego pisarza. Można dać się omamić wszędobylskim zachwytom i peanom na cześć danego tytułu. Kiedy jednak zajrzymy głębiej, może się okazać, że przy bliższym poznaniu czeka nas zimny prysznic.

Zawód ten może wynikać z dwóch przyczyn:
  1. tego, że egzemplarz faktycznie jest zupełnie inny niż nam się wydawało na pierwszy rzut oka;
  2. mieliśmy zbyt wysokie, trudne do spełnienia oczekiwania.

Moje niezadowolenie z lektury „Skazy” jest konsekwencją drugiego punktu… 

Jeśli myśli się o kimś, że jest on mistrzem, jeśli się go podziwia, a jego dotychczasową twórczość uważa za majstersztyk, to wierzcie mi - poprzeczka znajduje się cholernie wysoko. 

Robert tymczasem stworzył powieść zupełnie inną niż to, czego się spodziewałam. I wiecie co? Jestem z tym ok, a do drugiej części jego nowego cyklu podejdę z innym nastawieniem. Bo „tak to już z tekstami bywa, że nie zawsze do nas trafiają” (że pozwolę sobie zacytować samego autora z naszej prywatnej rozmowy), a całokształt pracy jednak bardzo doceniam.

Żałuję, że znak zapytania wiszący nad opisanymi przez Małeckiego wydarzeniami nie był jednak większy i zabrakło tego wyżej wspomnianego „czegoś”, przez co do doczytania powieści do końca popychała mnie nie akcja i chęć poznania rozwiązania zagadki (tu niestety zbyt szybko domyśliłam się pewnych kwestii), a to, że bardzo chciałam wiedzieć „co napisał Robert”.

A Robert napisał to, co chciał i ja to szanuję. I wciąż podziwiam.

Moja ocena: 👍👍👍

Tytuł: Skaza
Autor: Robert Małecki
Wydawnictwo: Czwarta Strona
Ilość stron: 567 
Data wydania: 5 września 2018


Za egzemplarz do recenzji serdecznie dziękuję Wydawnictwu:




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

#43 Alek Rogoziński "Zbrodnia w wielkim mieście"

tudzież spójnik, który w zdaniach współrzędnie złożonych znaczy tyle co: a także, i, oraz Źródło: sjp.pl „Tudzież” jest coraz popul...

Popularne posty